|
Dlaczego przesyłam Wam „pocztówkę z Beskidu”? Dlatego, że właśnie tu w tym roku razem ze SMOKiem czyli Studencką Międzyuczelnianą Organizacją Kresowiaków spędziłam dwa wspaniałe tygodnie. A wszystko się zaczęło…
…w nocy z 14 na 15 września. Tak, tak właśnie wtedy, o 00.58 wyruszył z Warszawy nasz pociąg, którym to dotarliśmy do niedużej miejscowości położonej tuż przy granicy ze Słowacją – Zwardonia, a stąd już tylko dwa kilometry do „Chaty Pod Skalanką” i żebyśmy mieli dobrą rozgrzewką to owe dwa kilometry wytrwale wspinaliśmy się pod górkę, a zaraz potem skręciliśmy na jak nam się wydawało właściwą dróżkę… No właśnie, tak się nam tylko wydawało… Ta oto dróżka zawiodła nas do doliny, z której to ponownie wspinając się pod górkę trafiliśmy już do naszej „Chaty Pod Skalanką”. Może jeszcze trochę zaspani a jednak czekając na pozostałych towarzyszy układaliśmy już plany na pierwszy dzień wędrówki. Nieocenioną pomocą były jakże trafne wskazówki gospodarza Chaty, który się wybrał z nami następnego dnia na naszą pierwszą wędrówkę. Dzień był słoneczny i humor wszystkim dopisywał. Chętnie i z uśmiechem więc wspinaliśmy się na pierwszy „szczyt” – któż mógł wiedzieć co jeszcze nas czeka – a kanapki znikały swoją drogą… Nazajutrz trasa była już bardziej ambitna, po pierwsze bez przewodnika, po drugie nieco dłuższa, mianowicie ze Zwardonia wyruszyliśmy (pieszo oczywiście) na Rachowiec, a potem doszliśmy do Soli, niedużej, spokojnej miejscowości niedaleko Zwardonia, skąd poprzez szczyt Oźnej, gdzie dopadła nas lekka jesienna mżawka i Magurę doszliśmy do naszej chatki. A wiecie jak boski był wtedy prysznic? Spróbujcie tak kiedyś.Wracając na moment do Soli, nazwa tej wioski wywodzi się od pokładów soli, które się tu znajdują, a dokładnie od źródeł solankowych. Woda wypłukuje sól i na powierzchni powstają właśnie źródła solankowe. Taką wodę, a dokładnie sól w niej zawartą dawniej wykorzystywano np. do. celów spożywczych. W dniu dzisiejszym wody solankowe jeszcze się wykorzystuje w leczeniu schorzeń dolnych i górnych dróg oddechowych. Znajdziemy w Soli również zabytkową dzwonnicę i dworzec kolejowy wybudowany jeszcze za czasów panowania Habsburgów. Małe pytanie do Pań (aczkolwiek Panowie też się wypowiedzieć oczywiście mogą): czy lubicie koronkowe ozdoby? Bo jeśli kiwacie twierdząco głową to koniecznie trzeba wyruszyć do Koniakowa, najwyżej położonej wsi w Beskidzie Śląskim, bo właśnie tu znajduje się Muzeum Koronki, gdzie w izbie im. Marii Gwarek czeka na nas niedokończona serweta, wykonana na zamówienie królowej angielskiej Elżbiety. Niestety Maria Gwarek nieoczekiwanie zmarła a serweta, która miała być chlubą koronkarki nigdy nie opuściła granic Polski. Swego czasu też inna słynna koronkarka, Helena Kamieniarz, heklowała (czyli szydełkowała) szal dla samej królowej Elżbiety II, a w sukienkach z koronki jej autorstwa chodziły Irena Santor czy Irena Dziedzic. Ponad dwumetrowym obrusem został też obdarowany papież Jan Paweł II. Nie bez uśmiechu wspomnę tu o zderzeniu tradycji z nowoczesnością, a mianowicie o tym jak to parę lat temu część koronkarek zdecydowała się wykonywać z koronki nie tylko serwety, obrusy, ozdoby, bluzeczki etc. ale też …stringi. Wtedy te, które wykonywały majtki z koronki zostały pogardliwie przezwane „Nici w rzyci”. A tymczasem jak wieść gminna niesie liczba klientów rosła… Nic dodać, nic ująć – samo życie, nie? Po serdecznym i ciepłym przyjęciu nas w Muzeum udaliśmy się na Koczy Zamek. Pozornie niepozorne wzniesienie kryje w sobie ustawiony głaz, a na nim metalowy krzyż będący hołdem poległym żołnierzom i harcerzom w walkach o wolność Ojczyzny w latach 1939-1956. Początkujący turyści nazywają Koczy Zamek Kocim Zamkiem, ale jak pisze Krzysztof Wojtasiński nie ma on nic wspólnego z kotem, owiany za to jest mgłą legendy, która opowiada historię węgierskiego grafa Kocsi. Graf ów przybył w koniakowskie strony by uchronić się przed wymuszonym przez jego ojca małżeństwem z niekochaną przez niego bogatą baronówną. Wiadomo, serce nie sługa i graf najpierw zakochał się w Koniakowie a potem w uroczej ubogiej góralce Jadwidze, którą następnie poślubił. Wściekły ojciec po tym jak doniesiono mu o mezaliansie syna przybył do Koniakowa by porwać żonę syna. Niestety w starciu pachołkowie zabili Jadwigę a wtedy zrozpaczony Kocsi zamordował ojca. Wydarzenia owej nocy spowodowały, że młody graf postradał zmysły i zanim znikł gdzieś bez śladu podpalił swój zamek. Ruiny z czasem zostały rozebrane przez okolicznych mieszkańców a o dawnej tragedii świadczą tylko dziwne odgłosy, ni to szlochanie ni to jęki, które na Koczym Zamku słychać nocą. Mówią wtedy, że to duch młodego Kocsiego, bezskutecznie szuka ukochanej Jadwigi… A my żeby nie budzić gniewu młodego grafa i nie przeszkadzać mu w poszukiwaniach udaliśmy się na Ochodzitą, gdzie podziwialiśmy bajeczną panoramę okolicznych gór i dolin skąpanych w ostatnich promieniach zachodzącego już słońca… Jak na przyzwoity obóz wypada w sobotę było też ognisko. Najpierw zbieranie chrustu (oj, co to było za zbieranie, ale sza! – dziewczęta świetnie się spisały) potem kiełbaski, piosenki i dźwięki gitary w ciszy nocnej a wszystko to po pracowitym dniu, kiedy chłopaki pomagali gospodarzowi budować murek z kamieni. Dość dużych kamieni. Dość długi murek. Słowem: zuchy! Bez wątpienia niezapomnianym akcentem były przyrządzane przez uczestników obozu obiady. Niektórym naprawdę się udało popisać sztuką kulinarną, do tego wręcz stopnia, że dało się usłyszeć komentarze w stylu: „tak dobrze to ja nawet w akademiku sobie nie gotuję” niestety niektórzy z naszych chłopaków byli ewidentnie w zaawansowanym stanie zakochania, ponieważ ilość soli i pieprzu w zupie przekraczała dopuszczalne normy i nawet rozcieńczanie tejże zupy wodą dwukrotnie (sic!) nie pomogło… ale to taki miły akcent… Po pracowitym dniu budowania murku udaliśmy się na niedzielną mszę, a potem odważna grupa w składzie trzyosobowym łącznie ze mną wybrała się na niedługą „przechadzkę” na Słowację. Była mapa, był kompas – więc dlaczego nie? Ktoś mówi po słowacku – nie, ale to przecież szczegół No więc po dwugodzinnym marszu asfaltem i uzbieraniu plecaka jabłek i gruszek na drogę doszliśmy do wniosku że generalnie wędrowanie w ten sposób to nam się nudzi, a więc szybka decyzja i już wchodzimy na najbliższą górę. Następnie spacer grzbietami. A potem świadomość konieczności powrotu. I tu był mały problem. Otóż nie było na naszej mapie takiego szlaku, którym moglibyśmy dotrzeć do Chaty nie schodząc zarazem w dolinę, znów na tę asfaltowaną drogę…A wracać na asfaltowaną drogę nam się nie chciało, oj nie chciało…I tu padła genialna propozycja Władka: „To pójdźmy sobie na skróty!” No i jak myślicie? Oczywiście poszliśmy. Najpierw w las jodłowo-sosnowy ostro w dół. Potem którymś grzbietem ostro w górę, poprzez krzewy trochę kłujące (sic!), a uwieńczeniem było małe bagienko. Takie malusieńkie, naprawdę. A potem nagle ujrzeliśmy dach naszej chaty i jakoś tak nieciekawie się zrobiło, chociaż trzeba przyznać, że ciepły obiad był ważkim argumentem. Obóz z założenia miał być edukacyjno-integracyjny z naciskiem na integracyjny ,ale żeby sprawiedliwości stało się zadość mieliśmy też szkolenia z zakresu zdobywania funduszy unijnych. Otóż miły pan, którego organizatorzy zaprosili na spotkanie z nami przy herbacie i ciastkach opowiadał zarówno o doświadczeniach województwa śląskiego w tym zakresie jak i ewentualnych możliwościach każdego z nas. W każdym bądź razie, kto chciał, ten się czegoś pożytecznego dowiedział, a jako, że nacisk był na „integrację” to wracajmy do meritum sprawy Ten jeden dzień tuż po szkoleniach był długo wyczekiwany przez wszystkich uczestników obozu – a to dlatego, że właśnie we wtorek, fizycznie wypoczęci, mieliśmy wyruszyć na Babią Górę (dla nie wtajemniczonych – Babia Góra to tzw. Królowa Beskidu czyli najwyższy szczyt w Beskidzie Żywieckim: 1725 m n.p.m.). Zapewne pobudka o 5 nad ranem nie była specjalnie mile widziana, ale cóż to znaczy dla prawdziwego miłośnika gór, no nie? A więc jak już wszystkim udało się zwlec z łóżek, jako tako się ogarnąć i nie zakładając dwóch różnych skarpetek wyruszyć w drogę to po pewnym czasie siedzieliśmy w pociągu. Podróż nie trwała długo, bo potem znów wsiedliśmy do innego pociągu, a potem dosłownie w ostatniej chwili zdążyliśmy wsiąść do busu, którym dotarliśmy do Morskich Szczawin. Początek trasy to bodajże z kilometr ostro w górę przez las (niezbyt ciekawie) i dalej Percią Akademicką (już lepiej), a potem namiastka satysfakcji kiedy widać jak wysoko już się jest, chociaż jednocześnie ma się świadomość że to jeszcze nie koniec. Albo te łańcuchy, kiedy się idzie wąską półką skalną i krok dalej jest już przepaść, czy też uchwyty jak na drabince, którymi się wspinało w górę? A potem widok dolin, i okolicznych gór w świetle promieni słońca, wiatr, który chłodzi twarz i emocje i to wewnętrzne przekonanie, że już nie istnieje szczyt, którego się nie pokona… Kto nie był niech żałuje, my zaś chyba jeszcze wrócimy na Babią… Bo wiecie, jest taka legenda, że ten, kto się napije wody ze źródełek otaczających w różnych punktach Babią na pewno wróci tu za rok. A więc wrócimy, wrócimy… A teraz jednak idźmy dalej Z Przełęczy Koniakowskiej dotrzeć można do Baraniej Góry (1220 m n.p.m.) a stamtąd szlakiem doszliśmy do źródeł Wisły czyli Białej Wisełki i Czarnej Wisełki ale ale od początku. Najpierw była Biała Wisełka. Można chyba uznać, że jest to jeden z najbardziej malowniczych szlaków w tym regionie, znajdują się tu bowiem Kaskady Rodła, które sięgają od 0,5 do 5 metrów. A więc dwie osoby z grupy nie wytrzymały i się zwyczajnie wykąpały w Białej Wisełce. Muszę przyznać, że zasłużyli na nasze brawa, ciekawe czy znajdą się jeszcze jacyś śmiałkowie wśród następnych turystów? Mam jednak nadzieję że tak samo jak nasi koledzy będą mieli termosy z gorącą herbatą Białą Wisełką w dół przeszliśmy do tzw. Czarnej Wisełki które razem tworzą już właśnie królową polskich rzek – Wisłę. A następnie spróbowaliśmy zwiedzić Zamek Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej przy drodze z Wisły Czarne, ale niestety trochę się spóźniliśmy (tak około 1h) i już nie można było wejść do środka, no cóż life is brutal jak się mówi, ale ogień w kominku i to co się w nim wędziło tego wieczoru zrekompensowały drobne niepowodzenie… Następnym razem droga zawiodła nas do Čadcy. A jest to miasteczko położone na Słowacji, do którego to właśnie się wybraliśmy na Festiwal Kultury Kysuckiej. Obok ludowych pieśni i tańców, spróbowaliśmy słowackiego miodu i zaopatrzyliśmy się w pyszną słowacką czekoladę (tzw. „Studencką”, chociaż jeśli chodzi o cenę to zdecydowanie nie na każdą studencką kieszeń…). W związku z Festiwalem przyjrzeć się można było wyrobom miejscowych mistrzów a więc ślicznie zdobionym pierniczkom tudzież plecionym z drutu różom, koszyczkom, wazom a plecionym tak misternie iż zdawało się to być kruchym i ulotnym jak jedno mgnienie i tylko dotknięcie przywracało poczucie realności… A potem już pełni wrażeń pociągiem wracaliśmy do naszej Chaty… I tak zanim się spostrzegliśmy minęły dwa wspaniałe tygodnie górskich wędrówek po Beskidzie, wspólnych obiadów i różnego rodzaju przygód na szlaku a obok wysiłku i zmęczenia twarze promieniały uśmiechem… Ech, „jak dobrze nam, zdobywać góry i młodą piersią chłonąć wiatr”… Zachowajcie w pamięci tę „pocztówkę z Beskidu” i wybierzcie się koniecznie, my jak mówiłam wrócimy tam na pewno… |